tetar węgajty. projekt terenowy
11-042 jonkowo     węgajty 18     tel./fax: (0048-89) 5129297     kier. art. wacław sobaszek    
english version e-mail: wioskateatralna@gmail.com         dojazd do teatru         księga gości         BLOG         linki





allelujki




synczyzna

wg Ślubu i Trans-Atlantyku
Witolda Gombrowicza



"Nie obrzydłaż tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki? Nie dość odwiecznego Umęczenia, Udręczenia? A toż dzisiaj znowuż wam skórę łoją! Tak to przy skórze swojej się upierasz? Nie chcesz czym Innym, czym Nowym stać się? Chceszże aby wszyscy Chłopcy wasi tylko za Ojcami wszystko w kółko powtarzali? Oj, wypuścić Chłopaków z ojcowskiej klatki, a niech i po bezdrożach polatają, niechże i do Nieznanego zajrzą! Owóż to Ojciec stary dotąd na źrebaku swoim oklep jechał, a nim powodował wedle myśli swojej... a niechże tera źrebak na kieł weźmie, niech Ojca swego poniesie gdzie oczy poniesą! I już Ojcu mało oko nie zbieleje bo go Syn własny ponosi, ponosi! Hajda, hajda, wypuście wy Chłopaków swoich, niech Lecą, niech Pędzą, niech Ponoszą!" Tak mówił w Trans-Atlantyku Gonzalo, na co Gombrowicz odpowiedział: "Milcz, zaprzestań namowy swojej, bo niepodobna rzecz abym ja przeciw Ojcu i Ojczyźnie, a jeszcze w takiej jak obecna chwili!" Gonzalo zaś: "Do diabła z Ojcem i Ojczyzną! Syn, syn, to mi dopiero, to rozumiem! A po co tobie Ojczyzna? Nie lepsza Synczyzna? Synczyzną ty Ojczyznę zastąp, a zobaczysz!"

reżyseria:
Wacław Sobaszek

wykonawcy:
Monika Blige *, Daniel Brzeziński, Sławomir Gostański, Nelya Maria Lubyantseva, Erdmute Sobaszek, Wacław Sobaszek, Justyna Wielgus
* w nowej wersji: Piotr Rogaliński



Maria Lubyantseva



Gombro?
Lubię ten arystokratyczny gest,
jest jak herbatka przed gilotyną.

(Andrzej Sulima-Suryn)

Gombrowicz o Ślubie (1953): Ślub jest snem. Snem Henryka, żołnierza polskiego podczas ostatniej wojny, gdzieś we Francji, w wojsku francuskim, walczącego z Niemcami. W tym śnie dochodzą do głosu lęki Henryka o rodzinę, pozostawioną w Polsce, ale też niepokoje bardziej zasadnicze człowieka współczesnego na przełomie epok. (...) Historia ta próbuje odmalować lęki i zgrozy wobec świata nadchodzącego, w którym on sam sobie będzie Bogiem i panem. "Boskość" Henryka dokonuje się poprzez opanowanie innych ludzi, jak boskość Hitlera.

O Trans-Atlantyku (1953): Powieść zwrócona z Argentyny ku Polsce... Czy nie dałoby się zmienić czegoś w nas samych, w Polakach, aby uratować nasze człowieczeństwo? Utwór pragnie bronić Polaków przed Polską... wyzwolić Polaka z Polski... sprawić, aby Polak nie poddawał się biernie swojej polskości, ale właśnie potraktował ją z góry.

O Hitlerze: "W Berlinie odnosili się do mnie, jak powiedziałem, z wielką i staranną gościnnością (...) - ale nie, bzdura, za grosz w tym polityki, natomiast sporo, przypuszczam, tego, że jestem Polakiem. Jasne. Jako Polak ciążyłem im na sumieniu (...) Na nic! Na nic! (...) wasze uśmiechy i wszystkie wygody, jakie moglibyście mi ofiarować, nie zniweczą jednej minuty jednego jedynego z polskich konań wielotysięcznych, a jak urozmaiconych, o tak rozpiętej skali udręczenia. Nie dam się uwieść! Nie przebaczę! Nie przebaczyłem, ale zdarzyło mi się coś gorszego. Ja, Polak (gdyż to przeżyłem właśnie "jako Polak") musiałem stać się Hitlerem. Musiałem przyjąć na siebie wszystkie t a m t e zbrodnie, zupełnie jakbym sam je popełnił. (...) Potępienie, wzgarda, to nie jest metoda, to nic nie jest ... takie wieczne wybrzydzanie się na zbrodnie tylko ją utrwala... Trzeba ją połknąć. Trzeba ją zjeść! Zło można przezwyciężyć, ale tylko w sobie. Narody świata: czy wciąż wam się wydaje, że Hitler był li-tylko Niemcem? (Dziennik, t. III, s. 156)


Po co ten Gombrowicz

Zacznijmy od Ślubu. O czym jest Ślub? Wątków jest wiele, ale jeden z głównych wątków to przemiana Henryka. Nie jest bohaterem romantycznym, nie jest przedstawicielem elity, nie reprezentuje żadnej heroicznej tradycji. Jest Polakiem, który - to dość zaskakujące - w śnie upodabnia się do Hitlera. Henryk nie ma właściwie żadnych szczególnych cech. Wygląda na to, że takim Henrykiem Hitlerem mógłby zostać każdy z nas, i to nie tylko w śnie.

Inaczej jest z Pijakiem. Także i jego ewolucja wewnętrzna ma sens symboliczny i odnosi się do aktualnej dziś rzeczywistości. "Z pijaka na ambasadora wyskoczył!". Jednak nie jest on pijakiem z nikąd. Język go zdradza. Występujące w nim gwarowe wyrażenia i intonacja lokują go bardzo wyraźnie na mapie regionów. Tak się składa, że ten etnograficzny region jest mi znany, ta okolica jest nie tylko gombrowiczowska. Małoszyce, Bodzechów, Potoczek to okolica także moja, tam się urodziłem. Postaci Ślubu mówią językiem także moich - nie tylko Gombrowicza - ciotek i wujów.

Gombrowicz, niespokojny o losy rodziny, przenosił się w tą okolicę zza oceanu, śniąc koszmarny sen. Dla mnie ważne, że wszystko, co zostało opisane, sceny upadku Henryka, narastającej wojennej opresji, potrafię zobaczyć w konkretnym pejzażu, rysach twarzy ludzi, usłyszeć w brzmieniu mowy. I to, w co wszystkie żyjące tam rodziny były uwikłane: realne, banalne zło, samowola zbrojnego podziemia, tragedia żydowskich miasteczek, Tarłowa i Ożarowa. Znam z przekazów rodzinnych te wszystkie uwikłania lokalno familijne, które przedstawiła Joanna Siedlecka w książce "Jaśnie panicz", będącej studium pisarza na podstawie badań terenowych.

Myślenie o miejscu moich narodzin, o własnym pochodzeniu, własnej tradycji ma wiele aspektów, wiele wymiarów. To część pytania, które zadajemy sobie przez całe życie, kim jestem? To także jedno z najbardziej uniwersalnych pytań sztuki. My w naszym teatrze zajmowaliśmy się aktywnie tą dziedziną od połowy lat osiemdziesiątych. Badaliśmy, rekonstruowaliśmy różne tradycje, zajmowaliśmy się kulturą tradycyjną jako całością. Miało to wtedy wymiar polityczny. Wspomagaliśmy proces duchowego odrodzenia społeczeństwa. Jednak w latach późniejszych pojawiły się różne ugrupowania, które potraktowały dokonujące się odrodzenie jako źródło przekonania o jakiejś wyjątkowości, lepszości, wyższości polskich tradycji. Czy zajmowanie się tradycją zawsze musi prowadzić do etnocentryzmu? Przyszedł czas, że musieliśmy się wyraźnie odciąć od takiej tradycji. Przypominaliśmy o istnieniu mickiewiczowskiej, tolerancyjnej "tradycji żywej", która nie wypiera się żadnego ze swych późnych wnuków. Bez względu na płeć, pochodzenie, rasę, a także - jak mniemam - orientację seksualną. Jednak i to przestało wystarczać. Obecnie problemem jest sam proces, kiedy to na całym świecie widać jak w różnych postaciach tradycjonalizm przeradza się w agresywny nacjonalizm. Trzeba być uważnym, trzeba pamiętać, że także i nasza własna tradycja może się nie tylko odradzać, ale przeradzać, popadać w zwyrodnienie. I dlatego po ten tekst sięgnęliśmy. Nie znaczy to jednak, że chcemy ostatecznie rozprawić się z kulturą tradycyjna, jak mówił Gombrowicz. Niezależnie jakie mu przyświecały intencje używał on stylu estetycznej prowokacji, przesady. Chodzi o to, że oba teksty użyte w spektaklu, Ślub i Trans/Atlantyk to głęboka analiza, krytyka. Można zobaczyć w nich diagnozę obecnego stanu kultury tradycyjnej. Lecz na tym sprawa się nie kończy, bo dopiero gdy jest diagnoza można myśleć o terapii.

Wacław Sobaszek, październik 2005


Maria Lubyantseva, Daniel Brzeziński


Maria Lubyantseva, Justyna Wielgus, Daniel Brzeziński, Wacław Sobaszek



(...) Co to znaczy "Synczyzna"? To ironiczne przeciwieństwo "Ojczyzny", hipotetyczna domena synów, młodości i... niedojrzałości.

O uznanie "Synczyzny" w miejsce "Ojczyzny" wołał Gombrowicz z emigracji w Argentynie, gdy już dłużej nie dawał rady znosić śmieszności naszych narodowych zadęć i patetycznych póz. Kpiarstwem chciał przekłuć ten balon. Czy wierzył, że to można odmienić? To już inna kwestia.

Artystom z Węgajt od pierwszych scen udaje się przenieść widza w sam środek rzeczy: w czarny i mętny sen Henryka, głównego bohatera "Ślubu", śniącego w czasie wojny, gdzieś na obczyźnie, sen o opuszczonej Polsce i o swym domu rodzinnym zamienionym w opuszczoną spelunę. Sugestywny obraz niewyraźnego majaku sennego wyłania się w tym teatrze z cieni rzucanych przez płomień świecy. Wykrzywiają się proporcje rzeczy. (...) I toczy się groteskowy spór: kim właściwie jest ojciec, czy to godność uświęcona, czy może funkcja taka "jak każda inna", którą można odwołać, unieważnić... Spór o "rolę ojca" to zarazem symboliczna dysputa o tradycji i o jej degradacji, o porządku natury i o porządku stanowionym przez człowieka, o moralności, historii i o tylu jeszcze podobnych sprawach. Wreszcie "ojciec" to również ojczyzna: czy można przed nią uciec, jak daleko sięga cień przez nią rzucany?

A finał tej dysputy, inny niż w tekście "Ślubu", nawiązuje do rzeczywistych losów pisarza: przez okna do zatęchłej gospody wpada przeciąg wojny, przerywając mętne majaki. I oto - po przerwie - ockniemy się w Argentynie.

Namiętne tango "Besa me mucho", żywiołowy karnawał barwnych masek w osławionej dzielnicy portowej Retiro w Buenos Aires. Chciałoby się zakrzyknąć: żyjemy!

Co za szalony kontrast do szepczących cieni z ciężkiego snu, z którego tylko co się otrząsnęliśmy. Maski - przepyszne. Wspaniały teatr komiczny. Groteskowe, sarmackie typy ważniaków z polskiej ambasady, ich napchane patriotyzmem gęby, ich archaiczny tutaj kodeks honorowy. Skąpstwo albo skrajność: "zastaw się a postaw się". Komiczny portret Gonzala, który sieje zgorszenie, bo to jest "puto" uganiający się za młodymi chłopcami (a Synczyzna pełna jest młodych synów!), ale z drugiej strony biorąc - milioner i w ogóle Figura, z którą warto trzymać, więc co tu, Panie dziejaszku robić... (...)
Tadeusz Szyłłejko, Cienie i maski, "Gazeta Olsztyńska" 7.09.2004 r.


do góry



design:  © Grzegorz Kumorowicz   Created with free software

     

Czas generowania strony: 0.012